piątek, 15 maja 2015

Jestem paradoksem - moja droga do minimalizmu


Od kilku lat przechodzę proces stawania się realną minimalistką. Dlaczego realną? To proste, przez dwie trzecie mojego życia byłam osobą żyjącą w dwóch równoległych rzeczywistościach.
I nie, nie mam zdiagnozowanej schizofrenii. Dualizm polegał na tym, że będąc egzystencjalną minimalistką, tonęłam jednocześnie w, nomen omen,  tonach przedmiotów. Egzystencjalny minimalizm mam chyba z urodzenia. Do życia i szczęścia, od zawsze, potrzebowałam małego kątka, książki, czegoś do pisania, zielonej plamy za oknem, i bliskiej osoby. Koniec. Nie miały i nie mają dla mnie znaczenia ciuchy, buty, torebki, kolekcje, nowoczesności, gadżety, wyszukane jedzenie, wiadomości, gazety i inne zaśmiecacze życia. Paradoks polega na tym, że w niewyjaśnionych okolicznościach, najpierw mój pokój, potem mieszkanie (już wspólne z P.), pogrzebane zostały w stosach przedmiotów. Do dziś trudno mi uwierzyć jak mogłam w tym wszystkim funkcjonować, ale całymi latami dusiłam się pod pierzyną z rzeczy.

Dokonałam głębokich analiz siebie samej i wniosek jest jeden. Przyczyną tego dziwnego zjawiska był szeroko, a nawet bardzo szeroko rozumiany, BRAK ASERTYWNOŚCI. Tak tak. Nie potrafiłam być asertywna ani wobec ludzi, ani wobec przedmiotów. Do tego doszedł jeszcze fatalnie pojmowany sentymentalizm i wuala! Mamy mieszankę cech, które doprowadzają ludzi na skraj obłędu.

Moja historia jest podobna do setek innych. Przyzwyczajona do tego, że gromadzić należy, bo tak robili wszyscy wokół, w ogóle tego nie kontemplowałam. Gromadzili moi rodzice, rodzice innych ludzi, gromadzą moi teściowie, dziadkowie, WSZYSCY. Było w moim szczeniackim życiu kilka takich momentów, kiedy moja mama, dawała mi znać, że mam za dużo przedmiotów wokół siebie. Uważałam to za czcze gadanie, bo te RZECZY BYŁY PRZECIEŻ DLA MNIE WAŻNE! Każdy kamyk, misiek z odpustu, uschnięta róża, przypinka, pocztówka, wisiorek, wszystko to miało dla mnie wartość sentymentalną. Byłam przekonana, że pozbywając się tych przedmiotów, zdradzę pamięć o ludziach, zdarzeniach,  miejscach. O święta naiwności! Co za bzdura. 

Do pewnego czasu nie czułam tego natłoku. Dlaczego? Bo zwyczajnie nie zwracałam na to uwagi. Żyłam w swoim minimalnym świecie, a reszta istniała dla mnie tylko w domyśle. Obok. Nie funkcjonowałam w tej przestrzeni. 

Problemy zaczęły się, kiedy zamieszkaliśmy z P. razem. Było to pół roku przed ślubem i nie mieliśmy nic, prócz starej kanapy, jakiegoś stołka i książek ze studiów. Wszyscy ruszyli nam z pomocą. Mieszkanie szybko wypełniło się potrzebnymi sprzętami. I mimo, że my już wszystko mieliśmy, to w świadomości naszych najbliższych zakodowana została informacja o tym, że tak czy siak zasysamy wszystko co innym zbywa. I nastał CHAOS. Pomijam fakt, że każda rzecz była z innej parafii. To szczegół. Istotne było to, że rzeczy były wszędzie, wyłaziły z każdej dziury. 

EFEKT? 
Wieczny bajzel. Ale ja nadal nie zauważałam problemu. Urodziło się dziecko, przybyły kolejne masthevy. Coraz ciaśniej i ciaśniej, ale podobno im ciaśniej tym przyjemniej...

PRZEŁOM przyszedł nieco później, kiedy po podjęciu decyzji o budowie domu, sprzedaliśmy mieszkanie i przenieśliśmy się na piętro w domu moich rodziców. I to tutaj okazało się ile tak naprawdę mamy zbędnych klamotów. Oczywiście nie stało się to od razu i z dnia na dzień, ale każdego dnia wszechświat wysyłał mi sygnały, że coś jest nie tak. Nie byłam w stanie zapanować na bałaganem, praniem, zabawkami. Nad niczym. Naiwnie tłumaczyłam sobie jeszcze, że to przez to, że jestem w ciąży, a malutka córka roznosi mi chałupę. 

A rzeczy wciąż przybywało...

Większość z nich to były "prezenty". Nie umiałam odmówić, nie umiałam wyrzucić, bo nie wiedziałam, że MOGĘ!

Konflikty z mamą na tle ciągłego nieładu doprowadzały mnie do szału, bo ja ciągle sprzątałam! Któregoś dnia zapragnęłam pustki wokół siebie. Postanowiłam wszystko poukładać na swoich miejscach. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że przedmioty w moim domu nie mają swoich miejsc. Nie ma już miejsca na "swoje miejsca". Wiem, że to brzmi banalnie, żeby nie powiedzieć idiotycznie, ale doznałam głębokiego szoku :)

Po tym odkryciu przyszło kolejne. Przecież mogę ODMÓWIĆ. Sobie, ofiarodawcom, ale przede wszystkim tym wszystkim przedmiotom. Poczułam się jakbym zrzucała za ciasną skorupkę. 

Moja droga do minimalizmu trwa nadal. Nadal pozbywam się przedmiotów. Ale teraz już sporadycznie, na bieżąco spławiamy to czego zwyczajnie nie używamy.

Odmawiam kiedy ktoś chce mnie obdarować czymś, co jest mi totalnie niepotrzebne (bo tobie się przyda, a u mnie leży). Staram się to robić dyplomatycznie, żeby nikogo nie urazić, tłumacząc jednocześnie swoje pobudki. 

Kiedy pojawia się ochota na kupno jakiegoś przedmiotu, czekam kilka dni. Najczęściej okazuje się zbędny.

Staram się ograniczać do minimum oglądanie telewizji, a niebawem zwiesimy sygnał na próbę. 

STARAM SIĘ BYĆ TU I TERAZ i nie błąkać się gdzieś pomiędzy lękiem o przyszłość, a rozpamiętywaniem wczoraj.

W poście o planach na wiosnę pisałam o porządkach w szafach. Stało się. Pozbyłam się kilku wielgachnych worów ciuchów.

EFEKT?
Spokój w głowie i w duszy. 
Pojawiło się miejsce na dobre, pozytywne myśli. 
Zaakceptowałam ludzi, świat i totalnie pokochałam swoje życie. 
Nie muszę już ciągle sprzątać :) 
Każdy przedmiot ma swoje miejsce i w razie potrzeby szybko może na nie wrócić. 
Wiem jakie mam ubrania i jakie ubrania mają moje dzieci.  
WIĘCEJ CZASU NA BYCIE RAZEM I WIĘCEJ CZASU NA SIEBIE
Przeważnie panuję nad swoim życiem :)

8 komentarzy :

  1. Masz rację. Ja też zaczełam wprowadzać porządek wokół nas. Najpierw piwnica. Potem szafa z ubraniami. Na jutro mam plan na kuchnie (mała ilość szafek...za duża ilość pierdół)...chaos męczy. Przyznaję Ci rację.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie - chaos męczy. Nie warto zaśmiecać życia.

      Usuń
  2. a ja się cieszę,że dozyłam takiej chwili

    OdpowiedzUsuń
  3. no dobra, to ja też posprzątam. Po sesji.... ;P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja sprzątałam wiecznie przed sesją, średnio się to kończyło czasem - siedzeniem do białego rana :D Ale ład wokół - bezcenny :)

      Usuń
  4. Absolutnie jestem za. Najgorzej zacząć, potem to czysta przyjemność :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie :) Apetyt rośnie w miarę odzyskiwania przestrzeni wokół siebie i poczucia panowania nad otoczeniem.

      Usuń

Ogromnie mnie ucieszy jeśli pozostawisz po sobie ślad w postaci komentarza :)