środa, 22 stycznia 2014

Gazetnik, gazetownik tudzież ;)


Dziś opowiem Wam o tym jak powstało moje podręczne źródło literatury i prasy. Historia jest podobna do innych w moim domu. Nie znalazłam ideału :) A rzecz dotyczy przedmiotu tak prowizorycznego jakim jest  zwykły gazetnik, gazetownik, stojak na gazety, czy jak by go tam jeszcze nazwać.
Niespodziewanie, gdy moje dziewczyny zaczęły najpierw pełzać, a potem chodzić, okazało się, że jedynym miejscem w domu, gdzie mogę złapać trzy głębokie wdechy jest łazienka :) Tam też zaczęłam podczytywać książki i moje ulubione czasopisma. Zaowocowało to...

sobota, 18 stycznia 2014

posypka do chleba z masłem

A do chlebka, coś idealnie prostego i idealnie pysznego. Znalezione tutaj. Stanowi dość wierne odwzorowanie pewnego gotowca, o ile mnie pamięć nie myli, Visany. Nie będę się jakoś szaleńczo rozpisywać. Powiem tylko, że bazę stanowi pieczony mak i sezam. Zrezygnowałam natomiast ze słonecznika, bo jest go dość dużo w chlebie. Do tego koniecznie czosnek niedźwiedzi i uzupełniamy ulubionymi ziołami i przyprawami. W mojej wersji jest jeszcze słodka papryka i przyprawa włoska. Naprawdę świetnie komponuje się ze świeżym chlebem z masłem.





Domowy chleb wieloziarnisty

Jakoś się ostatnio chlebowo zrobiło, bo temat chleba przewija się wśród znajomych i rodziny. Lubię piec chleb i lubię go jeść. Taki chleb ma jedną wadę i jedną zaletę. Wadą jest to, że znika w okamgnieniu, a zaletą to, że nie trzeba wiele do niego dokładać poza masłem, albo miodkiem :). I tak mnie naszło jakoś, a jeszcze wpadł mi w ręce przepis zachwalany pod niebiosa przez mamę. Od razu uprzedzam, że nie znam źródła, ale może mama to przeczyta i napisze gdzie wykukała :) Przepis na chlebek prosty i szybki, więc nie mogłam sobie odmówić wypróbowania. Troszkę oczywiście zmodyfikowałam, bo chyba nie byłabym sobą gdybym zrobiła coś jak stoi w przepisie od deski do deski. I tak, zamiast mąki zwykłej dałam z pełnego przemiału. Trochę musiałam przez to dodać więcej wody, bo mąka z pełnego przemiału musi namoknąć. Inaczej chleb będzie za suchy i będzie się kruszył. Uwielbiam chleby razowe własnej roboty. Pycha!
Ten faktycznie okazał się strzałem w dziesiątkę. Do tego stopnia, że choć piekarnia przyjeżdża do mnie z chlebem pod same drzwi kilka razy w tygodniu (zaleta mieszkania na końcu świata ;), postanowiłam, że przez tydzień będę piekła chleb zamiast kupować i zobaczymy cóż z tego wyjdzie. Podliczę koszty i jeśli nie braknie mi zapału zostaniemy przy tej opcji. Już kilka razy w życiu serwowałam mojej zgrai takie okresy chlebopieczenia. Zawsze przyjmowane z wielką radością. A pomijając wszystko to najbardziej mnie cieszy, że dziewczyny pałaszują ten chleb z niebywałym apetytem i wiem, że dla niech to samo zdrowie. A i mamusi na kiszeczki nie zaszkodzi ;)
Przepis brzmi następująco:

SZYBKI CHLEB 
1 szklanka otrąb pszennych (jeśli dajemy mąkę z pełnego przemiału, można pominąć)
6 łyżek słonecznika
3 łyżki sezamu
3 łyżki dyni
3 łyżki lnu
3 łyżki cukru (ja dałam miód, ale mniej niż 3łyżki)
1,5 łyżki soli
5 dkg drożdży (ja miałam suszone więc dałam ilość odpowiadającą 5dkg)
1 kg mąki pszennej (można pokombinować)
1 l ciepłej wody (jeśli dajemy mąkę z pełnego przemiału musi być więcej, ja dawałam na oko)
 + ode mnie trochę oleju rzepakowego

A poniżej mała fotorelacja z opisem:
Do miski wsypałam wszystko sypkie łącznie z drożdżami i mąką

Do tego wlewamy ciepłą wodę

Mieszamy, mieszamy, mieszamy...

Teraz dodałam wspomniany olej (mam pod nosem tłocznię rzepakowego i lnianego, jak mogłam nie dodać :)
i mieszamy, mieszamy, mieszamy....

  Teraz całość musi odpocząć i napęcznieć. U mnie ciasto leżało dobrą godzinę. Z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że drożdże suszone potrzebują więcej czasu, a po drugie dlatego, że jak mówiłam dobrze jak mąka pełnoziarnista trochę nasiąknie. Przy zwykłych drożdżach i zwykłej mące, wystarczy 20minut.

 Do formy i do pieca na 200 stopni na blachy

A po około godzinie wyglądają tak:

Góra i dół. Idealnie wypieczone :)

W środku też

I w takim towarzystwie sobie go wyobraziłam. Mniam!

SMACZNEGO!

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Na koniec roku


Oczyszczam się noworocznie. Robię podsumowania, zeruję liczniki. Firmowy rok zamknięty, pora na życiowy. Potrzebuję tego. Co roku te podsumowania wyglądają inaczej, bo z każdym kolejnym Sylwestrem, przybywa mi świadomości. Czasem ten bagaż gniecie kark, a czasem sprawia, że rosną skrzydła. Dziś, kiedy myślę o minionym roku, mam przede wszystkim przed oczami nasz dom i nasze w nim życie (jest to pierwszy rok w naszym domu. No...

piątek, 27 grudnia 2013

Złoto w karafce

W tym roku udało mi się powtórzyć nalewkę korzenną z miodem. Znalazłam gdzieś przepis, już nie pomnę lokalizacji. Ma pewną ułomność, zwłaszcza dla laików w tematach nalewkowych, nie posiada informacji o tym jak i czym rozcieńczyć spirytus. W zeszłym roku, będąc nieświadomą zupełnie istotą, zrobiłam bez rozcieńczania. Efekt - moc. Wypaliła nam gardełka jak się patrzy, ale smak zapadł mi mocno w pamięć. W tym roku zaryzykowałam i zrobiłam ją z wódką, bo nie miałam spirytusu. No nie powiem, pełna obaw pozostawałam aż do wigilii. Pierwszy łyczek uspokoił niepokoje. Smak doskonały, zwłaszcza nie pierwszy, który się pojawia natychmiast po pociągnięciu łyczka, ale drugi, ten który pozostaje na języku. Jest stosunkowo świeża, ale zapowiada się, że kiedy czas doda jej jej głębi, będzie niesamowitym napitkiem. 

A oto przepis:

1/2 litra spirytusu
1 szklanka miodu
kawałek kory cynamonu
6 goździków
1/2 łyżeczki mielonego imbiru
1/4 gałki muszkatołowej
1/2 laski wanilii
trochę suszonej lub kandyzowanej skórki pomarańczowej
5 ziaren ziela angielskiego
Przyprawy zalać wodą i gotować na małym gazie, aż mikstura się mocno zredukuje. Podgrzać miód. Do gorącego wlać spirytus i wodę z przyprawami (ja wymieszałam ciepły miód z przyprawami, a na koniec jak przestygło dodałam wódkę). Zostawić na min. 48 godzin. Potem przecedzić. Zlać do karafki i czekać przynajmniej dwa tygodnie, żeby się przegryzała.
Polecam

czwartek, 26 grudnia 2013

Poświątecznie...

Mimo, że Święta jeszcze trwają, to piszę już poświątecznie. Te kilka dni to dla mnie jedyny czas na podsumowanie i rozgrzeszenie. Siebie i świata. No tak, bo rozgrzeszyć mogę siebie ze wszystkiego czego nie zrobiłam, czego nie napisałam, a chciałam, a świat z tego, że tak poukładał, żebym nie miała na to czasu. I nie, to nie będzie żaden żałobny post pod tytułem "o ja biedna nieszczęśliwa". Choć muszę uczciwie przyznać, że w ostatnich dniach przed Świętami miałam już takie myśli :) Po prostu, mam wreszcie czas!!! Huraaaaaa!!!

piątek, 1 listopada 2013

...

Ja jednak, zupełnie niemodnie, pozostaję przy starej wersji Dnia Wszystkich Świętych. Długo będę jeszcze zapewne podejmowała próby zrozumienia, dlaczego tak bardzo fascynuje Polaków wszystko co nie jest ich...No cóż, najwyraźniej nasze jest nudne, bo nie daje powodów do zorganizowania biby...To tyle na dziś. I świeczka za wszystkich, których dzisiaj wspominałam...